Od dłuższego czasu jak budzi się po popołudniowej drzemce jest histeria. I to taka 30-45 minutowa. Leży wtulony w dywan i wyje, wzięty na ręce wije się i wyrywa.
Próbowaliśmy już dawać mu jedzenie tuż po wyjęciu z łóżeczka - zje, a histerię urządza po jedzeniu. Nie chodzi też o picie, ani o pieluszkę.
Nie daje się przytulić, nie da się w żaden sposób odwrócić uwagi - tv, zabawa, puszczanie baniek, podrzucanie, łaskotanie, jego ukochane samochodziki - nic nie działa. Nie chodzi o długość snu, bo histeria jest zawsze, czy śpi 30 minut, czy ponad 2h jak dzisiaj. Na początku myślałam, że chodzi o nieobecność męża, ale okazało się , że czy mąż jest, czy go nie ma, to histeria i tak jest.
Mam już dosyć tych codziennych wrzasków, ale jedyne co teraz robię, to zwyczajne zostawienie go na dywanie, bo skoro nic nie działa, to ja równie dobrze mogę pójść ogarnąć kuchnię






.
). Kończyło się to tak, że po 2h na biegu rozkładaliśmy kanapę, faszerowaliśmy kawalera mlekiem i kładliśmy go z nami. Raz od święta nie zawsze, więc jakoś egzystowaliśmy. Tyle, że jaśnie hrabia ostatnio miał serię 4-5 takich histerii w odstępie 2-3 dni. Dzisiaj mnie szlag trafił i powiedziałam, że nie dam się terroryzować. I wygrałam. Najpierw zmęczyłam materiał (taaa jasne, sam się zmęczył, ja tylko siedziałam obok i próbowałam głaskać, a potem zaczęłam nucić kołysankę), potem wyjęłam, przytuliłam chlipiącą kupkę nieszczęścia, na siłę wepchnęłam w objęcia ulubionego pluszaka i zaczęłam opowiadać bajkę. Usnął mi na ręku. Bez mleka na uspokojenie, bez spania u nas. Matko, ale jestem z siebie dumna 








