Ostatni weekend to jakaś masakra.
Maja miała zlecone testy alergiczne wziewne z krwi. W zeszły poniedziałek leki odstawione, termin badania sobota rano. Cały tydzień był spokój aż do soboty rano. Rano na boku pojawiły się dwa bąbelki/krostki jakby małe ugryzienia komara, trochę swędzące.
Już na samo wspomnienie mam taki żal do siebie, że już wtedy nie zapaliła mi się w głowie lampka ostrzegawcza. Ale nic nie zmienię...
Pojechaliśmy na testy, cały dzień był spokój aż do późnego popołudnia. Wieczorem gdy Maję przebierałam do spania - załamka. pełno plam na ciele. Swędzące, wybrzuszone. Byliśmy jak na złość w Cz-wie u rodziców. Szybko uruchomione wapno i czekanie. Raniutko okazało się, że plamy wcale nie schodzą. Szybko w auto i do Łodzi. Na miejscu uruchomione leki antyhistaminowe. Po ok 2h zaczęło blednąć, schodzić. Całą niedzielę żyłam nadzieją, że sytuacja opanowana. Po południu prawie śladu nie było. Natomiast wieczorem - masakra. Mimo leków wielki wyrzut plam. Pełno na ciele, na twarzy...
Oczywiście powtórka z grudniowych plam + wizja szpitala...
O 23.00 nie było złudzeń, decyzja - jedziemy do Biegańskiego. Ale w Biegańskim tylko lekarka zakaźna. Dermatolog nie ma dyżuru. Trudno, niech będzie, ważne by podali Dexaven.
Lekarka niemiła, naburmuszona, zerowe podejście do dziecka. Ale najgorsza była reakcja Mai. To dziecko ma już taką traumę jeśli chodzi o kłucia i lekarzy, że szok. W sobotę miała krew pobieraną. Na samo słowo lekarz zaczyna płakać. Tak więc gdy weszliśmy do pokoju lekarskiego - czegoś takiego nie widziałam jak żyję. Maja dostała dreszczy. Broda w podkówkę i trzęsie ją. Oczywiście pokazanie niemiłej pani doktor gardła było traumą samą w sobie. Tak trzęsącego się dziecka nie widziałam. Nie muszę mówić, że miałam zaciśnięte gardło i łzy w oczach a mój mąż serce w gardle.
Pani dr jeszcze dobrze Majki nie obejrzała a już zapadła decyzja - radzę dziecko położyć na oddział na dermatologię. Ma ostrą pokrzywkę. Czyli powtórka z rozrywki.
I co, znowu sterydy będą w dziecko pchać? Ja wszystko rozumiem, ale nie pierwszy raz jedziemy w tej samej sprawie i ilekroć jesteśmy w Biegańskim na ostrym dyżurze na zakaźnym, to spychają nas gdzie się da.
Piętnaście razy lekarka dopytywała się jakie leki podaliśmy i w jakich dawkach... Już miałam ochotę sama usiąść do komputera i jej napisać. Nawet wypisu ze szpitala nie obejrzała, wyników badań, nic kompletnie.
W końcu stwierdziła, że poda domięśniowo Dexaven. I wtedy zaczął się dramat. Gdy Maja zobaczyła wjeżdżający wózek z zastrzykiem wpadła w histerię. Zaczęła bić i kopać nas, pielęgniarki. Tak wrzeszczała, że bałam się o jej gardło... Maskara. Mój mąż miał problem, żeby ją utrzymać.Nie widziałam jej w takim stanie. I nie chcę już więcej oglądać. Nawet nie sądziłam, ile siły ma takie małe dziecko w takiej sytuacji.To wręcz nieprawdopodobne.
Podjęliśmy decyzję, że nie zostawiamy jej w szpitalu. Poprzednio na Spornej sami stwierdzili, że nie ma potrzeby.
Decyzji nie żałuję. Wręcz przeciwnie. W nocy czuwaliśmy. Rano było wręcz bardzo dobrze. Cały dzień Majuchna miała tylko stare ślady plam. Wyglądała jakby była cała pobita i miała pełno schodzących siniaków. Nie poszła do przedszkola, bo pewnie panie wezwałyby policję że bijemy dziecko
Rano na cito umówiona wizyta u dermatologa w Lux Med. Generalnie wizyta nic nie wzniosła. Maja ma brać Contrahist i Singulair tak jak brała. Hydroxyzinum i Clemastinum odstawiamy.
No i oczywiście konieczność wizyty u alergologa. Jedynie czego się dowiedzieliśmy, to że gdyby taka sytuacja zdarzyła się w godzinach pracy Lux Medu, to nie musimy jechać na SOR czy IP tylko do nich i oni też mogą podać leki typu Dexaven. dobrze wiedzieć.
Na 6 sierpnia umówiłam wizytę do dr Stasiak (alergolog). Obawiam się, że będziemy musieli dodatkowo zrobić testy pokarmowe. Na samą myśl kłucia JA sama mam dreszcze jak pomyślę o Majkowej reakcji. No po tym co było w niedzielę z zastrzykiem... Nie chcę nawet myśleć.
Wczoraj był spokój, na wieczór spokój. Dzisiaj rano stare plamy całkowicie zniknęły. Za to pojawiły się nowe plamy. Miejscami wprawdzie ale ciągle wyłażą. Miejmy nadzieję, że w ciągu dnia ich liczba nie wzrośnie, wręcz zmaleje. One i tak jeszcze przez najbliższe dni mogą wychodzić.
Powyższa sytuacja, zresztą nie tylko ona nasuwa mi tylko jeden wniosek. Nie ma dobrych lekarzy za to jest jedna, ogólnie panująca spychologia. Zamiast podjąć konkretne kroki w diagnozie i leczeniu, odsyła się pacjenta do innych lekarzy.
Ja śmiem twierdzić, że całe to chorowanie Mai od października, to wina nie przedszkola (nie głównie) a lekarzy z przychodni.
Mało tego - nasza rodzicielska intuicja naprawdę podpowiada nam dobre roki w postępowaniu.
Gdyby 3 pediatrów z naszej przychodni dobrze zdiagnozowało Maję w zeszłym roku, pewnie nie było by szpitala, nie byłoby tych całych chorób. Może nie do końca, ale na pewno byłoby lepiej. Leczą tylko antybiotykami, po tylu seriach antybiotyków nie zlecają badań krwi.
Teraz na to wpadłam, że ta pokrzywka to wcale nie musi być reakcja alergiczna. To może być reakcja organizmu na leki, na ich nadmiar, na ten antybiotyk za antybiotykiem. Może organizm się buntuje i w ten sposób oczyszcza z toksyn. Nie wiem, ale wiem że w całej tej sytuacji jest też taka możliwość. Ale czy ktoś na to wpadnie?
W przyszłym tygodniu idziemy na wizytę do dr Bąk (pediatra pulmonolog) a za 2 tyg do alergologa.
Musiałam się wyżalić, przepraszam, ale zaczynam siadać psychicznie z tej niemocy i bezsilności.