Do szpitala zgłosiłam się w dniu terminu- 11.07.2013 z rozwarciem na 1 palec.
I tak leżałam i czekałam aż albo się coś zacznie albo będą indukować.
We wtorek 16.07 o 11 podłączono mi kroplówkę z oksytocyną. Pamiętam swoją pierwszą myśl kiedy zobaczyłam porodówkę- "to może ja jeszcze dziś nie będę rodzić, poczekam, raczej rezygnuję, przepraszam za zamieszanie ale ja już pójdę..."
Zaczynałam z rozwarciem na 2 palce. Po dwóch godz odesłano mnie na oddział- brak postępu, skurcze nieregularne.
Męczyły mnie jednak cały czas co 7-10 min.
Chodziłam sobie po oddziale, kucałam, starałam się skupić i być gotowa wrazie gdyby jednak miało się rozkręcić.
Zrobili mi KTG (geniusze- bez tej sondy skurczowej). Wtedy miałam już regularnie co 5 min dużo silniejsze skurcze. Mówię na obchodzie lekarzowi- że mam regularne skurcze a on mi na to- na KTG nic nie wyszło (dziwne nie?

)
o 22 wybłagałam położną o badanie, bo bałam się że przegapię moment podania ew. znieczulenia, które chciałam gdybym miała bóle krzyżowe.
Rozwarcie 5 cm- kierunek porodówka.
i tak sobie leżałam pod ktg, spokojna, skupiona. około 23 zadzwoniłam po męża. I niestety zaczęłam mieć bóle krzyżowe (choć myślałam że skoro ich nie było to już się nie pojawią...).
Bóle z brzucha były do przeżycia. Bolało- owszem ale wiedziałam że dam radę. NAtomiat krzyżowe...
dostałam mdłości, robiło mi się słabo, prawie mdlałam, nie mogłam oddychać. Chodziłam po ścianach miałam dreszcze. Wszyscy krzyczeli o oddychaniu, a ja w ogóle nie mogłam nad sobą zapanować.
Zapytali mnie czy chcę znieczulenie- zgodziłam się- i to była dobra decyzja. Nie wiem dokładnie jak to działa, ale czułam skurcze z brzucha- wiedziałam więc co robić, kiedy i jak oddychać, a o plecach zapomniałam.
Nawet mąz mówił że między skurczami przysypiałam i chrapałam

Grzecznie słuchałam położnej- kucałam, wstawałam byłam spokojna i skupiona.
Położna chciała ratować mi krocze przed nacięciem (bo Hania miała być malutka...) ale okazała się o 0,5 kg cięższa, więc tylko powiedziała, że nie da rady bez.
Wszystko szło dobrze, ale pod koniec Hania się obróciła. Nie wiem ile powinna trwać faza partych bóli- u mnie trwała godzinę.
Hania nie mogła się odopowiednio ustawić...
zrobiło się jakoś gorąco, mąż trzymał mnie za rękę i głowę, prawie parł ze mną....
potem usłyszałam coś w stylu "ona nie wyjdzie, szykujcie kleszcze..." no i wtedy 3 parcia i Hania była z nami... tak się bałam tych kleszczy...
potem łożysko- niestety nie całe i musiałam być łyżeczkowana

szycie i po wszystkim.
Straciłam dużo krwi, było nerwowo
i jak tak czytam
sardynka pisze: bo w 2 fazie nie pamiętam żeby mnie jakoś specjalnie cokolwiek bolało...generalnie parte odczuwałam tak jakby chciało mi się wiadomo co, ale bólu przy tym nie czułam prawie żadnego (nawet jak kazali mi parte wstrzymywać)
to chyba już mi znieczulenie przestało działać, bo bolało... oj bolało
ale warto było;)