autor: misiao1983 » 23 lut 2014, 10:23
Przyszedł czas na opis porodu nr 2.
FAKTY
Poród naturalny bez znieczulenia.
Miejsce akcji – ICZMP
Czas akcji 2h 45min
WSTĘP
Termin porodu miałam na 15 lutego (tj.sobota). 14 lutego byłam na ostatnim ktg, na wykresie wyszły mega skurcze, ale dopóki nie są regularne ani bolesne to znaczą tyle co nic. Ostatnie badanie ginekologiczne – szyjka skrócona ,ale jeszcze niezupełnie, rozwarcie na 1,5 cm. Pani ginekolog pow. , że wszystko gotowe i jest dobrej myśli, że w weekend urodzę, zrobiła mi masaż szyjki, po którym powiedziała, że teraz już powinno ruszyć, zaczną się wytwarzać hormony prostaglandyny, weekend mogę spędzić w domu, ale jeśli nic się nie zadzieje, to w pn. rano mam się stawić w szpitalu. Zapytałam jak wygląda wywoływanie porodu w CZMP jakby co i nakreśliła mi wizję umieszczania balonika w mojej pochwie…co mnie przeraziło, jak później o tym poczytałam. Wróciłam do domu no i od tej wizyty „coś” się zaczęło dziać… Większa ilość śluzu (glutowatego - sorry za dosadny opis) podkrwawionego co wzięłam za odchodzenie czopa śluzowego. Do tego brzuch się zaczął stawiać, ból schodził też na krzyż, więc myślałam „ocho fajnie, urodzę wreszcie..” (od listopada polegiwałam z zagrożeniem porodu przedwczesnego, więc gdy doczekałam 40stego tygodnia chciałam, żeby to się w końcu stało).
Tymczasem przyszła sobota a ja nie urodziłam… w sobotę powtórka z rozrywki dalsze odchodzenie czopa kawałkami i stawianie się brzucha z lekkim bólem krzyża, skurcze pojawiały się przez np. godzinę co 10 min, po czym kompletnie zanikały. W sobotę wyszorowałam mieszkanie na błysk, poskakałam na piłce, poszłam na spacer, generalnie zero oszczędzania, żeby w końcu ruszyło…a tu dalej nic.
Tymczasem przyszła niedziela a ja nie urodziłam… w niedzielę już zwątpiłam w to , że kiedykolwiek urodzę będę chodzić w ciąży jak słoń! Znów skurcze pojawiające się z regularnością 10 minut i zanikające. Już byłam tak zdesperowana, że zabrałam męża i mówię – idziemy łazić po schodach, niech to dziecko w końcu wyjdzie, ja nie chcę leżeć w szpitalu i mieć wywoływanego porodu. Ok. 15 poszliśmy do wieżowca obok i zeszłam 10 razy z 10 piętra. Na górę oczywiście wjeżdżałam windą, bo bym się zasapała. I po tym schodzeniu brzuch zaczął się stawiać co 3 minuty!!! Po czym wszystko ucichło %$%^%^%^%!!!!! Wieczorem kładąc się do łóżku, pogodziłam się z wizją szpitala, znów złapały mnie skurcze co 10 minut, po czym poszłam sobie spać bo ustały. Obudziłam się o północy i spłakałam, czemu to dziecko nie chce się urodzić, że przecież od grudnia drżę o niego, a jak przyszło co do czego, to siedzi i siedzi i trochę pogadałam do brzucha, żeby malutek wyszedł w końcu. No i chyba się posłuchał bo….
FAKTYCZNA AKCJA
O 1 w nocy znów złapały mnie skurcze. Od niechcenia spoglądałam na zegarek, bo od 3 dni miałam skurcze, które zanikały i już znudziło mnie to gapienie się w zegarek. I znów takie średnio regularne, a to minęło 10 minut, a to 8, a to 12, a to 6, znów 6, znów 6, znów 6…. Wybiła 2 w noc,y a ja myślę pewnie zaraz ustaną i pójdę spać, ale jeśli nie, to budzę męża, niech je liczy dokładnie. Wciąż wydawały mi się za słabe i za krótko trwające przede wszystkim, skurcz trwał wg mnie z 5-8 sekund, a nie jak to opisywano 20sekund. Ból schodził na krzyż, ale podobne bóle miałam cały weekend. No i czekałam na godzinę 2:06, myślę jeśli znów będzie 6 minut, to wstajemy , no i jak przyszedł skurcz, aż stęknęłam, a w brzuchu usłyszałam PYK PYK jakby coś pękło (alleluja że czytałam opisy porodów innych kobiet, jak pisały, że słyszały jak pęka pęcherz i wiedziałam co to mogło być). Aż mnie pot oblała i budzę mężą – „Misiek wstawaj, coś mi pykło z brzuchu, coś mi pykło, chyba wody!!! No i jak wstaliśmy z łózka to ciutkę pociekło, ale naprawdę minimalna ilość. No to szybko zbieramy się do szpitala. A tu znów skurcz i znów pociekło. Dobrze, że moja mama została u nas noc dłużej i mogła zostać z Adasiem. Jak wsiadaliśmy do auta ok. 2:25 ja już zaczęłam syczeć z ból,u a skurcze były co 3-4 minuty. O jak dobrze było jechać po pustych ulicach Łodzi w środku nocy. W połowie drogi do Matki Polki jeszcze się zatrzymywaliśmy sprawdzić czy mam dokumenty, bo mąż tak rzuciłam moją torebkę na tylne siedzenie, że wszystko się wysypało. Przed 3 w nocy zajechaliśmy na izbę przyjęć, mnie już zginało w pół, mąż wypełniał papiery, ja tylko podpisywałam, zabrali mnie do pokoju badań przy ip, a mąż miał czekać na korytarzu i iść innym wejściem. Wchodzę na badanie, babka się pyta co ile skurcze, a ja jej już stękam co chwilę, ona patrzy na zegarek i krzyczy, ona nam zaraz urodzi na izbie przyjęć, wołać lekarza! Lekarz przyszedł i mówi… rozwarcie 7cm !!!! A ja ku…w strach i pierwsza myśl, boże nie, nie dostanę znieczulenia, wiedziałam że dają między 4,a 7 cm, ja tu umrę jak mam rodzić na żywca. Wsadzili mnie na wózek i ja jeszcze ostatnią nadzieją pytam… a jest możliwość znieczulenia?...a oni że za późno , że przecież za chwilę będzie już po sprawie….aż mi się gorąco i słabo zrobiło ze strachu… i mówię do babki, że ja chyba z bólu zemdleję, a ona że spokojnie, zaraz będzie po wszystkim. Wiezie mnie na porodówkę, kątem oka widzę męża na korytarzu, ale ból był już tak,i że słowem się do niego nie odezwałam. Wwiozła mnie, połozyli mnie na łózku, rodziłam na tym samym co Adasia, na pierwszym jakaś para rodziła, też już końcówka porodu , bo laska darła się wniebogłosy. No i otoczyły mnie 3 babki, tu ktg podłączają, tu wenflony, tu tysiąc pytań do…a ból był już w sumie chyba jednostajny jakby mi miało krzyż rozerwać, zerknęłam tylko na ktg czy tętno dziecka ok., zerknęłam że skurcze 40% a ja wyję z bólu, tu słyszę dzwonek (mąż dzwonił żeby go wpuściły) położna mnie bada i mówi PEŁNE ROZWARCIE!!! A ja myślę, boże jedyny mąż przyjechał razem ze mną, a nie zdąży na poród! Drugi raz nie zdąży!!!! !! I mówię”proszę czy ktoś może wpuścić mojego męża? A one zajęte mną…w końcu go ktoś wpuścił, on przychodzi nieświadom tego, że to już koniec porodu i położna mówi „ mąż działa na panią jak znieczulenie” a mój mąż, który źle ją zrozumiał, do mnie „widzisz kotek, może zaraz zacznie działać znieczulenie! A u mnie taki sekundowy przebłysk – dostałam jednak znieczulenie?.....,a po sekundzie do niego - co ty gadasz!!! Jakie znieczulenie! Ja mam pełne rozwarcie! Ona powiedziała, że mąż działa jak znieczulenie!!!! A jak mnie zaczął głaskać po głowie to myślałam, że mu po łapach dam, ja tu zdycham, a ten mnie po głowie głaszcze wrrrr…. hehehe
Wszystko to trwało dla mnie jak 5 minut, bół był niewyobrażalny, z krzyża, jednostajny, nie wytrzymałabym takiego bólu dłużej, współczuję kobietom rodzącym po kilkanaście godzin. No i po chwili już krzyczałam,że mały się już pcha, że zaraz zrobię kupę… i zabrały mnie i aparat ktg do innego pomieszczenia „pokój do porodu rodzinnego” i byliśmy tam sami. W tym momencie mąż mów,i że to wyglądało jakby poród ustał, że leżałam spokojnie i tylko przy partych było widać bół i wysiłek, a w przerwach pomiędzy spokój. Po 20 minutach młody był na świecie. Gdy wydarlam się się ja już nie mogę, że czemu on wciąż nie wychodzi, nagle był już calutki na zewnątrz, wyjec mały się rozkrzyczał i jak mi go położyły na piersi, od razu się uspokoił. Mąż przeciął pępowinę. Godzina 3:45 - 3,5 kg, 58 cm, 10 pkt Apgar. Ma wielkie stopy po tatusiu i jest piękny po mamusi I byłam cała upaprana we krwi od małego i się pytam, kiedy będę mogła wstać pod prysznic, a położne się śmieją, no jest chyba pani pierwszą, która jeszcze nie urodziła łożyska , a się pyta kiedy może pod prysznic. Co ta adrenalina robi z ludźmi… No a potem blady strach padl na mnie, ze przeciez zero znieczulenia, a jeszcze szycie przede mną, byłam lekko nacięta, na szczęscie dają znieczulenie miejscowe, choć wątpliwą przyjemność przeciągania nici czułam i jeszcze to szczękanie nożycami, aż chciałam uszy zakryć. Małego wywieźli na korytarz, mąż idzie po moje rzeczy i widzi że facet co rodził z żoną jednocześnie ze mną, stoi nad naszym synkiem i go obfotografowuje i mąż do niego – ładny co? A on – no ładny – a mąż – no to mój syn prześle mi pan potem zdjęcia ? buahahha się biedakowi pomyliło, a jego żona w tym czasie lezała z dzieckiem na piersi, urodziła 10 min po mnie i też patrzyła z położnymi co on robi, zdjęcia jakiemuś innemu dziecku. No i tak to było. Koniec opowieści. A mały sobie słodko śpi teraz koło mnie i pozwolił mi napisać wam te kilka słów. Mój grzeczny chłopczyk

[/url]
