Ja skopiuję swoje opisy z innego forum, bo pisać mi się nie che

Adaś - 20 maja 2009
Niestety nie będzie to wesoła opowieść o super fajnym i krótkim porodzie. Trafiłam do szpitala ze skierowaniem znów z powodu mojego małowodzia. Zostałam przyjęta do szpitala Madurowicza we wtorek rano 19 maja 2009 (czekałam 2,5 godziny na przyjęcie :zly: ). Po zbadaniu pani ordynator stwierdziła, że następnego dnia będę miała robiony test okstocynowy (wywołanie skurczów i sprawdzanie wydolności łożyska).
W środę rano 20 maja, około 5, zobaczyłam, że odchodzi mi czop śluzowy. Godzinę później dostałam już skurczy. Początkowo myślała, że to tylko zaparcie, ale skurcze nasilały się i były coraz bardziej regularne. Nie wiem czemu, ale wszyscy lekarze na obchodzie bardzo się z tych skurczy ucieszyli (ja nie bardzo, bo trochę bolało). Chwil po obchodzie trafiłam na porodówkę. Niestety mój mąż był w tym czasie na konferencji w Szklarskiej Porębie, rodzice i teściowie w pracy, więc cały poród byłam sama

Na początku było całkiem znośnie, leżałam sobie pod ktg na dosyć wygodnym łóżku. W miarę upływu czasu skurcze się nasiliły i były już nie do zniesienia
No i tak mnie trzymali na tym łóżku, a ja już prawie na kolanach błagałam o jakieś znieczulenie. Oczywiście nic nie dostałam. Po pewnym czasie pojawiły mi się skurcze parte, ale główka nadal była wysoko. Podłączyli mi kroplówkę, która nic nie dała, poza tym, że popękały mi kolejne żyły. Po 1,5 godzinie skurczy partych, podczas których nie mogłam przeć (ból nie do zniesienia), lekarz podjął decyzje o cięciu.Było to dla mnie jak wybawienie. Już nie mogłam nawet myśleć o niczym, ból był tak ogromny, że prawie tam mdlałam.
Na sam koniec dostałam ogromnego ciśnienia (170/90) i wszyscy zaczęli wokół mnie biegać jak poparzeni. "W trybie pilnym" przewieźli mnie na sale operacyjną. Tam lekarz próbował mnie znieczulić. Próbował, bo jakoś mu to nie wychodziło i trafił dopiero za 3 razem. Ja nie byłam w stanie nawet sama zejść z łóżka i darłam się aby się pospieszył z tym znieczuleniem, a on sobie urządzał jakieś polityczne żarciki. Myślałam, że go rozszarpię
Jednak już po chwili znieczulenie zaczęło działać i po kilkunastu minutach zobaczyłam swojego malucha.
Niestety okazało się, że przesz to zwlekanie z cesarką Adaś ma krwiaka podokostnowego. Ponoć to się wchłania, ale ten krwiak jest na tyle duży, że musi być pod opieką poradni chirurgicznej

Po porodzie przewieźli mnie na salę pooperacyjną i już po 19 godzinach byłam na nogach. O 9 rano przewieźli mnie na oddział noworodkowy i już zaczęłam sobie chodzić. O 10 rano przywieźli mi Adasia i od tego momentu był już ze mną.
(z wyjątkiem pierwszej nocy, wtedy był pod opieka położnych). Niestety położne nie były zbyt pomocne, nie pokazywały mi jak karmić mimo moich próśb, generalnie nas olewały. Gdyby położne były bardziej pomocne i "dostępne" to może karmiłabym piersią a niestety skończyło się na butelce.
Ania - 12 maja 2012
W poniedziałek 7 maja, po wizycie u mojej gin, zostałam skierowana do CZMP z nadciśnieniem. Poleżałam sobie do czwartku, zrobili mi badania i wypuścili. Zdążyłam wrócić do domu, zrobić pranie, w planach miałam jeszcze mycie okien ale czasu brakło. W piątek koło południa zaczęła boleć mnie głowa. Nie pomogły okłady ani duża dawka paracetamolu. Spać też nie mogłam. Przez ten ból głowy przegapiłam rozpoczynające się skurcze. O tym, że zaczynam rodzić uświadomiłam sobie dopiero o 2 w nocy, kiedy to zaczęły mi odchodzić wody. Niewiele myśląc wpadłam do łazienki akurat w momencie kiedy mój szanowny małżonek mył zęby. Mina męża, który na golasa myje zęby a ja ze stoickim spokojem oświadczam mu, że odeszły mi wody i powinien się szykować do szpitala – bezcenna. Wygoniłam męża z łazienki, a sama postanowiłam wziąć prysznic. Po krótkiej chwili przyszli zaspani teściowie a ja kończyła dopakowywać torbę do szpitala. Teść został z Adasiem a teściowa odwiozła nas na IP. W aucie skurcze były już dość bolesne.
Około 2.30 dotarliśmy do CZMP, zostałam zbadana i odesłana na porodówkę na 3 piętro. Tam położyłam się na łóżku i podpięto mi ktg. I tak sobie leżałam zwijając się z bólu i czekając na męża – dość długo. Później okazało się, że na izbie przyjęć kazali mu jechać do domu, bo cała akcja miała jeszcze długo potrwać. Na szczęście Ł się nie dał i jakoś do mnie dotarł na górę, a teściową odesłaliśmy do domu.
Skurcze były już naprawdę bolesne i chciałam sobie trochę pochodzić ale niestety musiałam leżeć aby „pępowina nie wypadła”. Gdy skurcze były już regularne i rozwarcie odpowiednie dostałam lewatywę, po której miałam dostać znieczulenie. W tym momencie przy każdym skurczu już wyłam z bólu a mój mąż biedny nie wiedział co się dzieje. Próbował mnie rozśmieszać ale niewiele to pomagało. Na dodatek cały czas potwornie bolała mnie głowa i nie mogłam się skupić na prawidłowym oddychaniu. Po lewatywie położna zaniepokoiła się, że aż tak mnie boli i posłała po lekarkę. Po badaniu okazało się, że rozwarcie się mocno powiększyło ale ból jest umiejscowiony w miejscu blizny po poprzednim cięciu. Ponieważ nie mogli mi zrobić USG (chyba nie mieli akurat sprzętu, ale nie jestem pewna czy dobrze zrozumiałam) podjęto decyzję o natychmiastowej cesarce z obawy o pęknięcie owej blizny po cc. Decyzję przyjęłam z wielką ulgą, ponieważ już nie mogłam z bólu wytrzymać. Czas do znieczulenia wydawał mi się wiecznością. Sama operacja przebiegła bardzo szybko, wszystko sobie dokładnie obejrzałam w lampach (nie takie to drastyczne jak się by wydawało) i o 5.40 moja kluseczka pojawiła się na świecie - waga 3400 g, długość 52 cm. Po kilku chwilach położna ją przyniosła i przytuliła do mojego policzka. Od razu w oczy rzuciła mi się jej bujna, czarna czupryna zupełnie tak jak u starszego braciszka.
Po zszyciu przewieziono mnie na oddział, z którego dwa dni wcześniej byłam wypisana. Mąż pojechał do domu a ja próbowałam przez t 12 godzin odpocząć.
No i tyle. Sam poród nie był taki zły gdyby nie ten ból. Skończyło się cesarką ale przeczuwałam, że tak będzie.
Generalnie opieka i położne w CZPM zdecydowanie lepsze niż w Madurowiczu.





























Czułam tylko szarpanie, ale w sumie się nie dziwię, bo mam maleńkie nacięcie a Mateusz ważył 3900g, więc musieli się nieźle nakombinować żeby Go wyjąć. A no i chyba byłam zbyt nisko ułożona na stole, bo bolały mnie ręce, które miałam rozłożone na bok. Po cesarce leżałam 24h, ale to chyba zależy od szpitala, bo mnie przez ten czas nie można było nawet podnieść głowy, a znajoma wstała po 12h. Nie czułam też obkurczania się macicy, podczas gdy współlokatorka (urodziła godzinę przede mną) wiła się z bólu. Następnego dnia po cc poszłam pod prysznic, a potem na własnych nogach na sąsiedni oddział do synka.

Może dlatego tak bolało. Prawdziwy koszmar- wstanie z łóżka "po".
