Pola chodzi teraz do prywatnego przedszkola, i ono podoba mi się o wiele bardziej, niż miejski żłobek. Mimo, że pewnie tak czy siak będzie chorować, jest tam zupełnie inaczej. W żłobku, co mi się baaaardzo nie podobało, zabierano mi Polkę płaczącą, i oddawały płaczącą. Nie wolno było wchodzić do sali. Teraz tu jak wchodzimy do przedszkola to najpierw biorę Polkę na ręce i w progu oglądamy sobie razem co dzieci robią w sali, mówię Poli czym tu się można pobawić, a tu chłopcy budują wieżę, a tam dziewczynka ma misia, a Ty czym się dziś pobawisz? i tak sobie patrzymy razem, a potem ona leci do Pani. A pani tak ją zagaduje, że nawet się na mnie nie obejrzy, tylko od razu leci liczyć rybki w łazience (takie mają naklejki). I właściwie wcale nie chce wracać, gdy po nią przyjeżdżam. Aha, no i raz Niunia miała "wpadkę", nie zdążyła zawołać, i nikt mi nie kazał zakładać jej pampersa
Nie wiem czy to te 4 miesiące tak Niunię zmieniły, czy po prostu tam jest jakoś pozytywniej. Może moje dziecko potrzebuje po prostu spokojnego rozstania, oswojenia się przez kilka chwil... w sumie trochę żałuję, że tak późno trafiłam na to przedszkole. Nie byłam do miejskiego żłobka przekonana, a poslalam tam Niunie wbrew sobie i jej.
A co do tego czesnego, które trzeba płacić nawet jak dziecko choruje, to nasze przedszkole na początek zaproponowalo mi karnet godzinowy.



Adaś tam chodził a teraz przyszedł czas na Anię 














Pamiętam te zeszłoroczne emocje 


