Rodziłam 3 tygodnie temu w Walii, poród trwał 18h, pewnie trwałby dłużej gdyby w końcu nie zdecydowali się na CC. Do szpitala trafiłam ok godziny 11 z 2-3- centymetrowym rozwarciem, żeby tu zostać przyjętym na oddział trzeba mieć min 4. Miałam wobec tego dwie opcje do wyboru, albo wrócić do domu (oczywiście bardzo się ucieszyłam na samą myśl o tym), albo zostać na takim oddziale powiedzmy "przejściowym". Wybrałam opcję nr 2

Pielęgniarki przygotowały mi kąpiel, dały dwie tabletki paracetamolu (które po 5 minutach zwymiotowałam) i ogólnie kazały czekać... W wannie siedziałam jakąś godzinę, a potem męczyłam się ze skurczami. W końcu o 14 poczłapałam do jakiejś położnej z prośbą o coś przeciwbólowego, ta stwierdziła że może mnie zbada i sprawdzi rozwarcie- całe 4-5 cm, jupiii, mogłam przejść na porodówkę gdzie dają środki przeciwbólowe
W tym uroczym kraju najpierw dają gas & air czyli coś co rzekomo pozwala oddychać, ojj na początku myślałam że ich rozwalę za ten gaz, a zwłaszcza mojego męża, który próbował pomagać. Z czasem skurcze były coraz silniejsze więc dostałam zastrzyk w udo z diamorfiny. To dopiero jest czad. Na część dziewczyn w ogóle nie działa, ja byłam nieźle zakręcona, mąż się śmiał że nawalona

Niestety moje rozwarcie zatrzymało się na 6cm i dalej nie chciało ruszyć, nawet przebicie wód nie pomogło. Na dodatek młodemu spadało tętno i wtedy położne zaczęły się bać. Czekali ponad godzinę na lekarza. Jak się pojawiła o 21 to od razu podjęła decyzję o cesarce. O 22 urodził się Filip (57cm, 3900), wymęczony, z jakąś dziwną wysypką, dostał tylko 5 punktów w skali apgar (w piątej minucie już 10). Całe szczęście wszystko skończyło się dobrze i mam zdrowego fajnego synka. Ja jeszcze spędziłam 2h na sali bo miałam bardzo niskie ciśnienie.
Mój poród określam w kategorii masakry, mam wrażenie, że nigdy nie zdecyduję się na drugie (chociaż podobno się zapomina, więc może się mi odmieni)
